Zagajewski, Adam: Writing in Polish (Pisać po polsku in English)

Portre of Zagajewski, Adam

Pisać po polsku (Polish)

Znajomi pytają mnie czasem: czemu nie piszesz po angielsku? Albo – jeśli jestem we Francji – po francusku? Zakładają najwyraźniej, że zyskałbym na tej zmianie, że lepiej posługiwać się językiem światowym niż prowincjonalnym. W zasadzie zgadzam się z nimi; owszem, byłoby może wygodniej pisać w większym języku (gdybym tylko potrafił!). Przypomina mi to anegdotę o G.B. Shaw, który miał oświadczyć w liście do Henryka Sienkiewicza, że dziwi się, dlaczego Polacy nie przyjęli języka rosyjskiego. Irlandczycy przyswoili sobie angielski i świetnie na tym wyszli! Rzeczywiście.
Pisać po polsku – w wieku XIX-ym, pod rozbiorami – było aktem patriotycznym; język polski był poważnie zagrożony, przede wszystkim w zaborze rosyjskim. Dziś nikt sobie nie zadaje tego pytania; młody poeta urodzony w Gdańsku, nawet jeśli pamięta o przeszłości tego miasta – a to pamiętanie jest teraz w modzie! – nie będzie się wahał, w jakim języku pisać. Po prostu nie będzie znał żadnego innego. Dopiero ktoś, kto, jako autor niniejszego tekstu, mieszka od lat zagranicą, może się spotkać z pytaniem – naiwnym? – o wybór języka.
Pisać po polsku to także wziąć na siebie dziedzictwo, skomplikowane, polskiej historii; ktoś, kto pisze po francusku z ironią i elegancją i ze szczyptą poezji, będzie, choćby nieświadomie, spadkobiercą nie tylko Montaigne’a i Pascala, ale i Ludwika XIV-ego, a przynajmniej atmosfery jego dworu, szyderczych konwersacji, zabójczych bon mots, niepokoju moralistów, sporów rewolucyjnych demagogów. Piszący po polsku ma we krwi i w atramencie inne geny: załamanie się systemu w wieku XVIII-ym, klęskę rozbiorów, klęskę nieudolnych powstań i kruchości długiej, teatralnej egzystencji naszego kraju, który, nie istniejąc realnie i trzeźwo, był tylko chimerą, bywał na zmianę przedmiotem podziwu („Polenlieder” w latach 30-tych XIX-ego wieku, entuzjazm Francuzów) i pogardy (Bismarck i nacjonaliści niemieccy czy rosyjscy); Polska wegetowała w wyobraźni Europy trochę tak jak ów śliczny Tadzio w „Śmierci w Wenecji” Tomasza Manna – piękna, nieosiągalna, zjawiskowa, dziecinna. Albo, przeciwnie, jako kraj zacofany, brudny, pijany (np. w sprawozdaniu Goethego z krótkiej podróży do Polski, po której została tablica na rynku w Krakowie) – kraj, który należałoby jak najszybciej podbić. Albo piękność albo bestia, nic pośrodku. Wdaje się, że jeszcze i dzisiaj Polacy nieufnie, ale i z największa ciekawością, wsłuchują się w opinie na ich temat, wypowiadane w wielkich miastach Zachodu.
Teraz doszedł jeszcze jeden kapitalny motyw – czy Polacy to bohaterowie drugiej wojny światowej, piękni ułani bijący się z czołgami, dzielni lotnicy nad Anglią, nienaganni i cierpliwi konspiratorzy, nieustraszeni w ataku na Monte Cassino żołnierze, czy też prymitywni antysemici o niskich czołach, przedstawieni jako świnki w znanym amerykańskim komiksie? Piękność czy bestia? Dżentelmeni czy świnie? I wreszcie: czy przez komunizm przepłynęli nieubrudzeni, buntując się i sabotując narzucony przez Moskwę system – tak bowiem lubią widzieć samych siebie – czy też kolaborowali z nim posłusznie jak wszystkie inne podbite narody? Do dziś sami Polacy nie są zgodni w ocenie czyśćca, przez jaki przeszli; wybitna historyczka opublikowała jakiś czas temu książkę pt. „Wielkie stulecie Polaków”, poświęconą właśnie owemu okresowi politycznego nieistnienia, wiekowi XIX-emu, wychodząc z założenia, że frenetyczna działalność intelektualna rozproszonych po Europie uchodźców, poetów, myślicieli, historyków, działaczy politycznych, kompensowała z nawiązką brak suwerenności państwowej. Czy naprawdę?
W dziesiątkach książek wspomnieniowych z okresu ostatniej wojny i lat powojennych polski czytelnik szuka nie tylko szkicu czyjegoś indywidualnego losu, ale i odpowiedzi na pytanie, kim jesteśmy. Ten niepokój udziela się pisarzom, już nie tylko autorom memuarów ale i wielkim talentom literackim; całe pisarstwo Witolda Gombrowicza wibruje – między innymi – tym właśnie niepokojem. Ktoś, kto patrzy z perspektywy zachodnioeuropejskiej, z trudem tylko może sobie wyobrazić otchłań, jakiej zaznała nowoczesna historia Polski; na przykład moment – utrwalony zresztą przez dobrze zapewne odżywionego filmowca Wehmachtu – kiedy ocalała ludność Warszawy, maszerująca wolno w zrezygnowanej, nieregularnej, nie kończącej się kolumnie, złożonej z kobiet, dzieci, mężczyzn i starców, opuszcza zburzone miasto po upadku powstania w jesieni r.1944, należy do bogatej skądinąd kolekcji najstraszniejszych obrazów minionego stulecia. Ludność cywilna opuszczająca pokornie własne, leżące w gruzach miasto, stolicę europejskiego kraju – czy może być coś gorszego (tylko obozy i krematoria i groza jeszcze bardziej beznadziejnego powstania, w tym samym mieście, wewnątrz żydowskiego getta w r.1943)?
Ten sam moment stał się jednak także punktem odniesienia dla niewidzialnej debaty, podjętej przez polskich pisarzy zaraz po wojnie. Oczywiście, nie dyskutowali oni tak, jak zwykli polemizować zawodowi historycy – nie roztrząsali problemu winy i odpowiedzialności za Powstanie Warszawskie, nie analizowali sytuacji militarnej i politycznej, ale ów zerowy punkt literatury, o ile boleśniejszy niż w akademickim eseju Rolanda Barthes’a, miał na długo zabarwić wyobraźnię polskich pisarzy. Więcej nawet niż zabarwić, miał wejść do niej jako stały ingredient; wyobraźnia polskiej literatury przyswoiła sobie otchłań.
Nie trzeba zapewne pedantycznie przypominać, iż lata stalinizmu nie przyniosły zasadniczej poprawy; owszem, terror – jeśli zestawić go z terrorem hitlerowskim – znacznie zelżał i spora część społeczeństwa żyła w przekonaniu, że odbudowa kraju, nawet pod brutalnym kierownictwem partii komunistycznej, jest zajęciem chwalebnym, którego nie można odłożyć na lepsze czasy, ale mało kto wolny był od głębokiej goryczy. Groteskowe marnotrawstwo komunistycznej ekonomii i wszechobecność tajnej policji nie pozwalały zapomnieć, iż chodzi o przedsięwzięcie bliższe teatrowi absurdu niż sensownej działalności państwowej.
Nieubłagana i zbawienna frywolność czasu sprawia, iż obecne młode pokolenie, które naczytało się teoretyków postmodernizmu i wie wszystko o pułapkach tekstu, zapomniało już o tamtej grozie; a jednak radykalność polskiej literatury powojennej wiele zawdzięcza energicznej odpowiedzi na tamten moment, moment, kiedy ludność Warszawy opuszczała zburzone miasto. Dzisiejsi debiutanci nic już nie mogą pamiętać, ale jeszcze dla mnie, i dla moich rówieśników, urodzonych zaraz po zakończeniu wojny, ruiny kamienic, zarastające trawą, atrakcyjne jak szczątki gotyckiego opactwa dla pierwszego pokolenia romantyków, kryjące w sobie i skarby i niebezpieczeństwa, były naturalnym i ukochanym krajobrazem dzieciństwa, pierwszym naszym natchnieniem.
W Polsce ostatnich 60-ciu lat – w kraju, ale i na emigracji, bo, jak wie o tym w Krakowie każdy uczeń szkoły podstawowej, literatura ta tworzona była tyleż w kraju co i w Paryżu, Argentynie, Kalifornii – pisanie rzadko było zajęciem akademickim, mózgowym, bezkrwistym, marginesowym, rzadko sprowadzało się tylko do indywidualnego poszukiwania Piękna, do Flaubertowskich zmagań z językiem, do sumiennego zapisu pojedynczej przygody życia. Na ogół było jak huczący, rozpalony piec ceramiczny, w którym, w wysokiej temperaturze i na oczach chciwych świadków, na oczach zaintrygowanych członków polis, wypalały się naczynia poezji i prozy. Pisanie miało ogromną wagę, było wielką i poważną debatą, w której troski egzystencjalne łączyły się z motywami dotyczącymi całej wspólnoty , całego polis. Przy tym, paradoksalnie, uczestnicy tej debaty – Witold Gombrowicz, Jerzy Stempowski, Czesław Miłosz, Aleksander Wat, Józef Czapski (malarz i pisarz), Zbigniew Herbert, Gustaw Herling Grudziński, Jerzy Giedroyc – żeby wymienić tylko kilku Gigantów, buntowali się przeciwko niej, wcale jej nie chcieli, pasjonowały ich wielkie, uniwersalne tematy i wątki, łącznie z wątkami metafizycznymi, ale mogli się do nich przedrzeć tylko wycinając sobie mozolnie drogę w buszu pytań wyrastających z gleby politycznej, wspólnotowej. Nie muszę chyba dodawać, że wszyscy oni świetnie pisali, że nie chodzi to wcale o grupę ideologów, lecz o wielkich pisarzy, mistrzów słowa.
Nie można zrozumieć polskiej literatury bez tego tła; to nie była już oczywiście, jak w dawnych wiekach, literatura szlachciców, siedzących u siebie na wsi, we dworze, czytających Plutarcha i Wergilego, i, po pomyślnie zakończonych zbiorach, oddających się nieśpiesznej pracy literackiej. Pokolenie, którego dojrzałość przypadła na moment wielkiego kryzysu, wielkiej Nicości, rozproszone po całym świecie, walczyło o przetrwanie w niesłychanie trudnych warunkach, ekonomicznych ale i duchowych, pośród lekceważenia paryskich, i nie tylko, lewicowców; ale udało mu się stworzyć podstawy nowoczesnej wrażliwości literackiej w Polsce. Umiało ono stworzyć model literatury odpowiadającej na zagrożenie historyczne w sposób uniwersalny, nie prowincjonalny. Umiało też dotknąć nadziei najgłębszej, unikając łatwych pocieszeń.
Cytat z niedawno – pośmiertnie – wydanego dziennika Zygmunta Mycielskiego [„Dziennik 1950-1959”, s.284], pisarza i kompozytora, dobrze ilustruje dylemat autorów wywodzących się spoza żelaznej kurtyny: „Na Zachodzie byłbym na pewno ”czarnym pisarzem”, takim co to dmie w tuby pesymizmu, zapowiada koniec Europy, świata, bezsens drogi ludzkiej i ewolucji naszego gatunku. Tutaj, wobec łachmanów intelektualnych i ekonomicznych – dmę w surmy moralności i sensu naszego istnienia.”
Uwagę zwraca znaczny udział poetów w zajęciach zwykle powierzonych powieściopisarzom czy nawet filozofom; w Polsce jednak poeci, nie przejmując się ascetycznymi zaleceniami modernistycznego katechizmu estetycznego, nie wycofali się do rezerwatu hermetycznych metafor i z największym entuzjazmem badali choroby świata; sądząc po zainteresowaniu, z jakim śledzi się ich twórczość, dokonali interesującego wyboru. „Traktat moralny” Miłosza czytany był pod ławkami przez studentów w najgorszych latach stalinizmu. „Poemat dla dorosłych” Adama Ważyka, opublikowany w r.1955, rozpętał ogólnonarodową dyskusję i przyczynił się do sukcesu politycznej odwilży, a „Przesłanie Pana Cogito” Zbigniewa Herberta, wiersz napisany przez poetę zrozpaczonego, nie spodziewającego się żadnego przełomu, nie widzącego końca despotyzmu, stał się nieomal hymnem, recytowanym przez opozycjonistów w latach 70-tych i 80-tych. Poetom udało się przy tym apelować do szerszej publiczności bez obniżania poziomu artystycznego.
Jestem przekonany, iż byłoby dziś wiele trudniej pisać po polsku, gdyby nie działalność owego pokolenia Gigantów – jedyny może problem z nim to fakt, że jego wielkość i szlachetność uniemożliwiły właściwie następcom odegranie zwyczajowej komedii Edypa, komedii walki pokoleń, spalenia portretu ojca. Jak można się buntować przeciwko męczennikom prawdy, przeciw tak wybitnym i tak świetnie piszącym świadkom epoki?
Ale jest i drugi jeszcze problem; bierze się stąd, że w pewnym sensie ta generacja pisała „z idei”; walcząc spierając się z ideologią, desperacko broniąc zagrożonego człowieczeństwa, musiała się skoncentrować na intelektualnym ujęciu świata, ignorując bezbrzeżną potencjalnie ilość sytuacji ludzkich, wytworzonych już nie przez czynnik zewnętrzny, wrogi, ale przez nieubłaganą, immanentną kapryśność świata.
Trzeci wreszcie – zaciekła polemika z historią najnowszą sprawiła, że polska literatura musiała zaniedbać do pewnego stopnia coś, co moglibyśmy nazwać wyobraźnią „czystą”, „przedhistoryczną”. Co prawda pisarze tamtego pokolenia, Aleksander Wat czy Czesław Miłosz, zdawali sobie sprawę z tej trudności, i mówili nieraz o konieczności sięgnięcia do pokładów ontologicznych, czyli, mówiąc prościej, do niemodnej dzisiaj problematyki religijnej (to jest zasadniczej).
Pisać po polsku – przed każdym, kto tego próbuje pojawiają się wciąż nowe zagrożenia. Owa sławna „normalność”, którą trudno zdefiniować a o której tak marzyli obywatele krajów Europy Wschodniej, nareszcie zapanowała, także i w literaturze; trywialność jest dozwolona, teraz można lekko, trywialnie i dosyć ładnie pisać o sobie i o wszystkim innym (głównie o sobie); wielkie i nieco przypadkowe zwycięstwo demokracji nad totalitaryzmem może objawić się także jako tryumf pospolitości nad kłamstwem – kłamstwo było istotą komunizmu, demokracja zaś nikogo nie chroni przed wulgarnością.
Polscy pisarze średniego i młodego pokolenia, chociaż niekoniecznie zdają sobie z tego sprawę, wciąż jeszcze chodzą pod parasolem, wzniesionym nam nimi przez Gigantów. W literaturze jednak parasol nie tylko chroni przed deszczem, zasłania także gwiaździste niebo, nie wiadomo więc, na jak długo wystarczy tej epoki.
Pisać po polsku? Siedząc na mapie Europy między genialnymi – niegdyś – Rosjanami i genialnymi – niegdyś – Niemcami? To może nie jest najgorzej, mieć zdolnych sąsiadów, którzy w dodatku stali się obecnie trochę mniej zdolni i jednocześnie dużo mniej agresywni.
Pisać po polsku – ale, ostatecznie, czy to nie obojętne, w jakim piszemy języku? Czy nie każdy język, jeśli tylko dobrze użyty, może otworzyć nam drogę do poezji, do świata? Ten, kto pisze jest zwykle sam, wobec białej kartki papieru czy bladego ekranu komputera, które przyglądają mu się uważnie i impertynencko. Jest sam, chociaż pisze nie dla siebie, tylko dla innych. Inspirowany i przytłoczony tradycją, tym wielkim zgiełkiem umarłych głosów, stara się spoglądać w przyszłość, która zawsze milczy. Myśli, które chce wyrazić, zdają się nie należeć do żadnego języka, huczą w nim jak jeszcze jeden żywioł, obok powietrza, ognia i wody.
Jest sam; wypowiada radość albo smutek. Świadkami jego poszukiwań nie są ani urzędy paszportowe, ani uniwersyteccy specjaliści od gramatyki, tylko słońce i śmierć, dwie potęgi, którym , jak powiedział La Rochefoucauld, nie możemy patrzeć w twarz.


Writing in Polish (English)

Sometimes friends ask me: why don’t you write in English? Or (if I’m in France) in French? They obviously believe that I’d gain from the change, that it’s better to use a world language than a provincial one. In principle I agree with them; of course it would be more convenient to write in a more widely used language (if only I could!). This reminds me of an anecdote about George Bernard Shaw, who in a letter to Henryk Sienkiewicz, declared that he wondered why the Poles hadn’t adopted Russian as their language. The Irish had adopted English and done splendidly out of it! Indeed.
Writing in Polish in the nineteenth century, when the country was partitioned, was a patriotic act, as the survival of the Polish language was seriously threatened, especially in the Russian sector. Nowadays, noone asks themselves this question; a young poet born in Gdańsk, even if he is well aware of the city’s past (which is quite the fashion at present) will not have to ask himself which language he should write in. He quite simply won’t know any other. Only someone who, like myself, has lived abroad for many years, might encounter the – possibly naive? – question of a choice of language.
If you write in Polish, you also have to take the complex heritage of Polish history upon yourself; anyone who writes in French with irony and elegance, and a touch of poetry, will be, even if unconsciously, the heir not only of Montaigne and Pascal, but also of Louis XIV, or at least of the atmosphere of his court, with its derisory small talk, its murderous bon mots, the concerns of the moralists, and the quarrels of the revolutionary demagogues. Those who write in Polish have other genes in their blood and in their ink: the collapse of the system in the eighteenth century, the misfortune of the partitions, the misfortune of failed uprisings and the fragility of our country’s long, theatrical existence; by not existing in an upright and sober fashion, it simply became a chimera, by turns an object of admiration (as in the „Polenlieder” of the 1830s, or the enthusiasm of the French) and of contempt (as represented by Bismarck and the German or Russian nationalists). Poland vegetated in the European imagination, a bit like the lovely Tadzio in Thomas Mann’s Death in Venice – beautiful, unattainable, childish and dreamlike. Or, conversely, it was regarded as a backward, filthy, drunken country (for example, in Goethe’s report of his short journey to Poland, which is commemorated by a plaque on the marketplace in Cracow) – a country that should be brought to heel as quickly as possible. Either Beauty or the Beast, nothing in between. Even today, it seems that Poles pay heed – mistrustfully, but with the greatest curiosity – to the opinions expressed about them in the great cities of the West.
Now there we have another theme of fundamental importance: are the Poles the heroes of the Second World War, the fine Uhlans who battled with the tanks, the brave airmen who fought the Battle of Britain, impeccable, long-suffering resistance fighters, and intrepid soldiers during the attack on Monte Cassino, or are they primitive anti-Semites, depicted as piglets in the famous American comic strip? Beauty or the Beast? Gentlemen or swine? And finally: did they sail through communism unsullied, rebelling and sabotaging the system imposed by Moscow – as they like to see themselves – or did they submissively collaborate with it like all the other subjugated nations? To this day, Poles themselves have no common opinion on the purgatory they’ve been through; some time ago, a leading historian published a book entitled The Great Century of the Poles, all about that era of political non-existence, the nineteenth century, based on the assumption that the frenetic intellectual activity of all the Polish refugees scattered about Europe - poets, thinkers, historians and political activists – more than compensated for the lack of state sovereignty. Did it really?
In dozens of memoirs recalling the last war and the post-war years, the Polish reader seeks not just a profile of someone’s individual fate, but also an answer to the question of who we are. This concern is felt by Polish writers – not just by those who write memoirs, but also the great literary talents; Witold Gombrowicz’s entire body of writing resounds with this uneasiness. 
Anyone coming from a western European perspective will find it hard to imagine the hell that Poland’s modern history has been through. For example, the moment – recorded by an undoubtedly well-fed Wehrmacht cameraman – when the surviving population of Warsaw, marching slowly in a resigned, straggling, endless column of men, women, children and old people, are leaving the ruined city after the failure of the uprising in Autumn 1944, belongs to the all too prolific collection of the most horrifying images of the past century. The civilian population is meekly abandoning its own city, which lies in ruins, the capital of a European country – can there be anything worse (only the concentration camps, the gas chambers, and the horror of an even more hopeless uprising, in the very same city, in the Jewish Ghetto in 1943)? 
This particular moment, however, was also the reference point for an unseen debate, conducted by Polish writers immediately after the war. Of course, they didn’t polemicise like professional historians are wont to do – they didn’t debate the issue of blame and responsibility for the Warsaw Uprising, and they didn’t analyse the military and political situation, but that zero point within literature, if more painful than in an academic essay by Roland Barthes, was to colour the imagination of Polish writers for a long time to come. More than just colouring it, it was absorbed and became a permanent ingredient; the Polish literary imagination took on board the country’s experience of hell. 
There is no need for any pedantic reminder that the years of Stalinism brought no fundamental improvement; certainly the terror – if compared with the Nazi terror – greatly diminished, and a large section of society was convinced that, even under the brutal leadership of the Communist Party, the country’s reconstruction was a laudable undertaking that could not be postponed for better times, but few people were free of deep bitterness. The ludicrous wastefulness of the communist economy and the omnipresence of the secret police never allowed people to forget that the whole enterprise was more akin to the theatre of the absurd than rational government activity. 
The relentless but salutary frivolity of that time means that today’s younger generation, well-read in post-modernist theory and fully aware of textual traps, has forgotten all that horror; and yet the radical nature of Polish post-war literature owes much to the vigorous response to that moment, the moment when Warsaw’s people left their ruined city. Today’s young writers, publishing for the first time may no longer be able to remember, but for me and my contemporaries, born just after the war ended, the ruins of the tenements, overgrown with grass, as alluring as the remains of a Gothic abbey were to the Romantics, containing both treasures and dangers, were the natural and much loved landscape of our childhood, our first inspiration. 
In the last sixty years – both in Poland but also in emigration because, as every secondary school pupil in Cracow knows, Polish literature was produced just as much in Paris, Argentina or California as in Poland – writing was rarely an academic, cerebral, bloodless, or marginal occupation; it rarely came down to a mere quest for Beauty, to Flaubertian struggles with language, or to a detailed record of a single experience. It was mostly like a roaring, well-stoked ceramic stove, in which the vessels of poetry and prose were fired at a high temperature within sight of the eager witnesses and curious citizens. Writing was of a vast importance, and offered an immense, serious debate in which existential concerns came together with themes relevant to the whole community. Paradoxically, the participants in this debate – Witold Gombrowicz, Jerzy Stempowski, Czesław Miłosz, Aleksander Wat, Józef Czapski (a writer and painter), Zbigniew Herbert, Gustaw Herling-Grudziński and Jerzy Giedroyc, to name just a few of the ‘giants’ – rebelled against it, and didn’t want it at all; they were passionate about great, universal themes and trends, including metaphysical issues, but they could only force their way through to them by laboriously hacking a path through the thicket of queries bursting from the political, collective soil. I hardly need to add that they were all superb writers, and that we are not talking about a group of ideologists but about the great masters of the art of literature. 
It is impossible to understand Polish literature without this background; obviously, it was no longer, as in the old days, literature written by the nobility, who sat in their country mansions reading Plutarch and Virgil, and, once the harvest had happily been completed, devoted themselves to some leisurely literary work. The generation that reached maturity at the moment of the great crisis, the great Nonentity, was scattered all over the world and struggled to survive, under incredibly difficult conditions, both economic and spiritual, amid the scorn of the Parisians, as well as other leftists; however, it did succeed in creating the foundations of Poland’s modern literary sensibility. It succeeded in creating a model of literature corresponding to the historical threat in a universal, not just a provincial way. It was also able to reach the deepest seam of hope, avoiding over-simplified consolations. 
A quote from a recently (posthumously) published diary by the writer and composer Zygmunt Mycielski (Dziennik, 1950-1959, [Diary 1950-1959] p.284), illustrates the dilemma of authors who come from behind the Iron Curtain well: „In the West I would undoubtedly have been a ‘writer of dark things’, the kind that sounds the horn of pessimism, predicts the end of Europe, the senselessness of human endeavour and of the whole evolution of our species. Here, in this intellectual and economic wreckage, I blow the trumpet of morality and the meaningfulness of our existence.” 
The large input of poets in areas usually reserved for novelists or even philosophers is conspicuous; yet in Poland the poets, not bothered about the ascetic prescriptions of the modernist aesthetic catechism, have not withdrawn into the retreat of hermetic metaphors, but have studied the world’s maladies with the greatest enthusiasm – and judging from the interest with which their work is followed, they have made a good choice. Miłosz’s Moral Treatise was read under the desk by students during the most repressive years of Stalinism. Adam Ważyk’s Poem for Adults, published in 1955, sparked off a national debate and contributed to the success of the political thaw, and Zbigniew Herbert’s The Envoy of Mr Cogito, a poem written by a broken-hearted poet, with no hope of change, with no end of despotism in sight, almost became a hymn for the opposition in the 1970s and 1980s. The poets succeeded in appealing to a wider public without lowering their artistic standards. 
I am convinced that it would be much harder to write in Polish today if it weren’t for the activities of that generation of ‘giants’ – perhaps the only problem this generation left was that its greatness and noble-mindedness effectively made it impossible for its successors from acting out the customary Oedipal comedy, involving the conflict between generations, burning your father’s portrait. How can you rebel against such martyrs for the truth, such outstanding witnesses of their era, who wrote so brilliantly? 
But there’s another problem too, which stems from the fact that, in a way, that generation was writing „in relation to an idea”; while struggling and contending with an ideology, desperately defending imperilled humanity, it had to concentrate on grasping the world intellectually, ignoring a potentially boundless number of human situations that were no longer produced by an external, hostile factor, but by the relentless, inherent waywardness of the world. 
There’s a third and final problem: its intense polemicising with modern history has meant that Polish literature has had to neglect what we could call ‘pure’, ‘primordial’ imagination to some extent. Indeed, the writers of that generation, Aleksander Wat or Czesław Miłosz, were aware of this difficulty, and often spoke of the necessity of attaining the ontological strata, which, to put it more simply, means treating religious (i.e. fundamental) issues which are regarded as unfashionable nowadays. 
Anyone who attempts to write in Polish is faced with new threats. The famous ‘normality’ that is so hard to define but which the citizens of Eastern Europe dreamed of for so long, has finally prevailed, and in literature too. Triteness is now permitted – you can write lightly, trivially, quite nicely about yourself, or indeed about anything you like (but mainly about yourself); the great, somewhat accidental victory of democracy over totalitarianism can also be seen as the triumph of the commonplace over fabrication – fabrication was the essence of communism, whereas democracy protects no one from vulgarity. 
Polish writers of the younger and youngest generation, although they are not necessarily aware of it, are still walking about under the umbrella put up for them by the ‘giants’. In literature, however, the umbrella not only protects them from the rain, but also shuts out the starry sky, so noone knows how long this era will be sufficient. 
Is it a good idea to write in Polish? While sitting on the map of Europe between the geniuses – at one time – of Russia and the geniuses – at one time – of Germany? Maybe it’s not so bad to have talented neighbours, who have become slightly less talented now anyway, as well as far less aggressive. 
But ultimately, does it really matter what language we write in? Isn’t every language, as long as it is used well, capable of opening the door to poetry, of revealing the world to us? People who write usually sit alone, facing a blank sheet of paper or a dim computer screen that stare back at them insolently. They are alone, despite the fact that they are writing for others and not for themselves. Both inspired and encumbered by tradition, by that great tumult of dead voices, they attempt to look into the future, which remains silent. The thoughts they want to express don’t seem to belong to any language; they roar inside like an additional element to fire, wind and water. 
The writer is alone, expressing joy or sorrow. The witnesses of this quest are neither passport offices nor university grammar experts, just the sun and death – the two forces that, as La Rochefoucauld put it, we cannot look in the face.




minimap