Neruda, Jan: Ballada zimowa (Balada zimní in Polish)

Portre of Neruda, Jan

Back to the translator

Balada zimní (Czech)

Čaroděj šel po silnici
v mrazné zimní chumelici,
došel k staré šibenici.
Šibenice trojrým lysý,
na ní tři zloději visí.
Usednul. „Zde
dobré bydlo.
Máte, hoši, pěkné sídlo! -
A teď už honem dolů,
ponoclehujem tu spolu!”

Zasedli kruh ve příšerný.
Hlavy sobě napravují,
mistra chvalně pozdravují.
První jako pes je černý,
kde ramena, tu kolena,
brada věky neholena;
druhý s hlavou rozsochatou,
s nohou
dřevem podepjatou;
třetí - pánbůh budiž s námi! -
celý nahý - v očích ledy,
po tváři je jíním šedý
a po těle střechýl samý.

„Vzkřísil jsem vás, dále žijte,
tropte dál svou lotrovinu,
zato mně dnes posloužíte.
V šibenici nočním stínu
pospolu se pobavíme,
vínem zpijem, povyspíme.
Vzhůru, sneste čeho třeba,
jeden peřin, druhý chleba,
třetí vína - kapka stačí! -
vzhůru leťte, plémě stračí!”

Vzduch jen hvízdnul divým letem
a již první snes se zpátky.
„Nesu polštáříček malý,
uzmul jsem jej vdově chudé
pod churavícím dítětem;
trochu na nás bzde krátký.”
„Však ho na nás dosti bude!”
mistr tovaryše chválí;
říká slova, statek množe:
už tu čtvero měkké lože.
Nad hlavami teskné vání
jako dálné žalování.

A již, je tu nazpět druhý.
„Nesu víno, šel jsem zchytra
na skříň kostelního sluhy,
mělo ku mši sloužit zítra;
jenže je ho málo trochu,”
„Stačí nám, můj dobrý hochu!”
Mistr říká svoje bludy
a již vína kolem sudy.
Ve vzduchu to lačně hučí,
jak když šedí vlci skučí.

Třetí tu a volá v plesu:
„Svěcenou ti hostij nesu!
Vyrval jsem ji knězi ctnému,
nes ji k smrti nemocnému
na poslední posilnění!”
„Dobrý chléb, když jiný není.”
Hrom vtom bouchnul. Co se děje?
Zem se pod nohama chvěje,
vzduch jak hlína, plný chmýru,
vše se točí v náhlém víru,
co kde leží, co kde stojí,
vzhůru dolů lítá v roji,
a ti čtyři v divém kůru
letí jako plevy vzhůru.
Ještě zavzdechnutí táhlé
a zas ticho, ticho náhlé.

Zimní ticho. Přišlo ráno,
s nocí den se plavě mísí,
nad silnící trojrým lysý,
ne něm čtyři chlapi visí.



Source of the quotationhttp://www.cesky-jazyk.cz/citanka/jan-neruda/balada-zimni-balady-a-romance.html

Ballada zimowa (Polish)

Nocą; z wichrem i śnieżycą,
szedł czarownik okolicą,
przystanął pod szubienicą.
Szubienica świeci łysa,
trzech złoczyńców na niej zwisa.
Usiadł. „Mila to siedziba,
nieźle wam tu, chłopcy, chyba!
Ale zejdźcie, mili moi,
wspólny nocleg nam się kroi!”
Pomamroce, krąg zakreśli,
hop! i tamci na dół zeszli.

Do kółeczka siedli blisko,
poprawiają głowy zręcznie,
mistrza pozdrawiają wdzięcznie.
Pierwszy jest jak czarne psisko,
kolana ma pod ramiona
broda sto lat nie golono,
drugi z łbem jak u koguta,
z krzywym szczudłem u kikuta,
trzeci... strzeż nas, Jezu Chryśte!
nagi, w oczach lód się jarzy,
od szronu siwy na twarzy,
ciało ma jak sopel szkliste.

„Wskrzesiłem was, żyjcie dłuźej,
uprawiajcie swoje zbrodnie,
za to każdy mi usłuźy.
W cieniu szubienicy godnie
pospołu się zabawimy,
upijemy się, prześpimy.
W lot przynieście, co potrzeba:
ty pierzynę, a ty chleba,
a ty wina, kropla zda się!
Jeden z drugim leć, fagasie!”

Porwą się jak stado ptasie.

Tylko wściekły wiatr zaświszczał
i już pierwszy wraca w pędzie:
„Przyniosłem jasieczek mały,
wyszarpnięty biednej wdowie
spod dzieciaka, który piszczal,
ale kusy dla, nas będzie”.
„Nam wystarczy!” mistrz odpowie
udzielając mu pochwały.
Pomamroce, rzecz pomnoży,
czworo miękkich łóż rozłoży.

Nad głowami wiatr z oddali
niczym ludzki głos się żali.

Niezadługo wraca drugi:
„Niosę wino, niezłe picie
z szafy kościelnego sługi,
miało być na mszę o świcie,
ale go tu nie za wiele”.
„Nam wystarczy, przyiaciele!”
Mistrz kacerstwa swe powtórzy
i już pełno wina w kruży.

A w powietrzu zgiełk nastaje,
jakby wyły wilcze zgraje.

Tańczy śnieg za trzecim posłem.
„Hostię świętą wam przyniosłem,
wydartą księdzu zacnemu,
co ją niósł konającemu,
żeby mu się szło do nieba”.

„Skoro brak inszego chleba...”
Tu zagrzmiało. Co się dzieje?
Ziemia się pod stopą chwieje
i powietrze jakby z puchu,
wszystko kłębi się w rozruchu
z dołu w górę, z góry na dół
kotłuje się ziemski padół,
a ci czterej w dzikim pląsie
jak plewy do góry pną się.

Jeszcze coś przeciągle westchnie
i zacichło bezszelestnie.

Cisza. Znów zimowy ranek.
Resztki mroku świt wysysa,
szubienica świeci łysa,
na niej chłopów czterech zwisa.

 



Source of the quotationStrofy z dreszczykiem, Iskry 1986

minimap